Maroko jest spoko!

Maroko?  Tak!
Taghazout? Tak!
Surfing? Oj tak!
Tadżiny? Pewnie!
Marrakesz? – Raczej nie!

To pierwsze rzeczy jakie przychodzą mi do głowy jak wspominam swoje wakacje w Maroku. Dlaczego jedna rzecz, a w zasadzie jedno wspomnienie, jest na nie? Przeczytajcie, a się dowiecie.  Na razie zaczniemy od początku…

Skąd pomysł?
Proste – tanie loty. W czerwcu zeszłego roku kupiłam bilet w obie strony za całe 300 złotych. Prawda, że nie można było takiej okazji odrzucić? Nawet jakby się nie udało pojechać, bo akurat wypadłoby coś innego, to jakoś przeżyłabym stratę tej kwoty, albo odsprzedałabym bilet.

Jaki plan?
Generalnie od samego początku wiadomo było, że to będzie głównie wyjazd surfingowy,  więc większe podróże odpadały. Ale nie można przecież siedzieć całe 2 tygodnie w Oceanie, więc kilka tygodni przed wyjazdem czytałam wszystkie wpisy na blogach w celu poszukania czegoś wartego zobaczenia (najobszerniejszy wpis znajdziecie na blogu Kołem się toczy). Nasz hotel znajdował się w typowo surferskim miasteczku – Taghazout. Niestety ta lokalizacja trochę ograniczała nasze zapędy do zwiedzania – Casablanka, Sahara odpadały. Marrakesz był jakieś 3,5 godziny drogi od nas, wiec wskoczył na listę razem z  Paradise Valley, Agadirem i Essaouirą.

Taghazout
Jeśli chodzi o nocleg to nie ma z nim najmniejszego problemu, już od wjazdu ludzie pytają czy nie potrzebujesz pokoju. Pełno jest hoteli i hosteli, wiec nawet jeśli czegoś wcześniej nie zaklepiecie to można coś znaleźć i utargować (wszędzie trzeba się targować) dobrą cenę. Ogólnie cenowo również wychodzi to bardzo korzystnie – nasz hotel kosztował nas ok. 800 złotych za osobę, w cenie było 15 noclegów i śniadania, czyli jakieś 54 zł za dobę.  Spaliśmy w Art hotel i mogę go polecić – jest czysto, schludnie i mają świetny taras na którym codziennie się wylegiwaliśmy.

20180215_094726-EFFECTS — kopia

Jak przystało na miasteczko surferskie wszędzie pełno jest wypożyczalni desek i szkółek. My akurat mieliśmy swoje deski, ale koszt wyposażenia jednej deski (po utargowaniu) to 17 złotych za dzień. Jeśli chcecie w komplecie dostać piankę to wydacie ok. 20 zł. Taniocha!

Mieszkańcy byli bardzo przyjaźni, każdy chodził i uśmiechał się do nas. Raz tylko zdarzyło się, że ktoś wykrzykiwał do nas obraźliwe słowa. Olaliśmy to, ale jeden z właścicieli apartamentu w którym spali znajomi szybko zainterweniował i poinformował nas, że jeśli sytuacja się powtórzy to mamy to zgłosić na policję (miejscowi za obrażanie turystów mogą iść nawet na 3 miesiące do więzienia). Ogólnie czuliśmy się tam mega swobodnie i bardzo odpoczęliśmy. Praktycznie nasz każdy dzień wyglądał tak samo. Rano pływanie i śniadanie, potem znów pływanie i obiad, a potem chill na hotelowym tarasie i kolacja.

20180216_125037-EFFECTS — kopia

20180216_124345.jpg

Jedzenie
Maroko to kraj z bogactwem różnego rodzaju przypraw, ale mam wrażenie, że zapominają ich dodawać do swoich dań.  Praktycznie wszystkie tradycyjne dania jakie jedliśmy były niedoprawione. Tadżiny czy kuskus zawsze wymagał dodania soli i pieprzu żeby miał jakiś smak. Tażdzina jadłam w wersji wege, z kurczakiem i z kalmarami. Najbardziej smakował mi z kalmarami, a potem wege. W Taghazout jest mała knajpka – chyba najtańsza w całym miasteczku i podają w niej głównie tadżiny – nie pamiętam nazwy, ale będąc tam poznacie ją na bank bo zawsze jest w niej sporo ludzi i jest obok jednego z butcherów.

20180221_191733 — kopia

Zostając w temacie mięcha. Ich sklepy może nie wyglądają zachęcająco jeśli chodzi o wystrój – kilka kafelkow na blacie, duży nóż i stara waga z odważnikami, ale wiszące kawały mięsa, idealne na steki, aż krzyczą “weź mnie”. I zdecydowanie warto to zrobić, szczególnie jeśli dysponujecie kuchnią (my wykorzystywaliśmy apartament znajomych).

W naszym hotelu mieliśmy w cenie śniadania. Nigdy nie myślałam, że da się przez 2 tygodnie jeść codziennie to samo, ale tu zmieniłam zdanie. Każdego dnia dostawaliśmy ten sam zestaw – bagietka pokrojona w kawałki, dżem morelowy, masło, mały trójkącik serka do smarowania, słodką bułkę i jajko na twardo. No dobra czasem zamiast jajka dostawaliśmy naleśnika marokańskiego – takie małe szaleństwo. A do tego świeżo wyciskany sok pomarańczowy, herbata (oczywiście miętowa – oni innej nie piją) i kawa.  Co ciekawe ich herbata miętowa i mięta smakuje inaczej niż ta w Polsce. Ta nasza przyprawia mnie o mdłości i staram się jej unikać, ta w Maroku nawet mi smakowała.

Jeśli chodzi o śniadania to oczywiście można zjeść też w miasteczku.  Z tego co mówili mi znajomi zestaw jest podobny do naszego, z tą różnicą, że dają dodatkowo masło orzechowe, ale są miejsca, gdzie zjecie jajecznicę lub jajko sadzone. My zrezygnowaliśmy z śniadań w knajpach, chodziliśmy do nich na obiady i kolacje.

Najczęściej jadaliśmy w Le Spot i mogę powiedzieć, że próbowaliśmy chyba wszystkiego. Porcje spore i za rozsądną cenę – duży stek z ryżem, frytkami i sałatką kosztował 28 złotych. Tadżin z kalmarami  ok. 20 złotych, a dużą porcję spaghetti dostaniecie za 14 zł. Mają tam też całkiem dobre pizzę i panini.

20180220_140838.jpg

Z czasem knajpa mi się już przejadła, ale dlatego, że nasi znajomi dojeżdżali do nas w różnym czasie, znów lądowaliśmy w tym samym miejscu. Raz jadłam w Cafe Moja – wege burger był świetny. Kotlet był z czerwonej fasoli. Kosztował ok. 28 zł i był mega pożywny. Knajpka jest trochę robiona na styl europejski – tadżina tam nie znajdziecie, ale warto tam wpaść.

Kuskus jadłam w Marrakeszu jeszcze przed pobytem na placu o którym niżej. Był całkiem ciekawy w smaku (oczywiście po doprawieniu) bo był zrobiony na słodko. Niestety na górze był tylko jeden mały kawałek mięsa.

20180224_135640.jpg

Zwiedzanie
Jednym z dwóch miejsc które udało nam się odhaczyć z  krótkiej listy planowanych miejsc do zobaczenia było Paradise Valley (Rajska Dolina). Skusiliśmy się na nie, bo miałyby tam gorące źródła, w których planowaliśmy się wygrzać, oraz przepiękne wodospady. Źródła i jeziorka gorące nie były, wodospadów też nie zobaczyliśmy (byliśmy tam w ich porze zimowej), ale sama dolina była przepiękna. Mnóstwo zieleni, a w dalszej części sporo skał. Szlak jest dokładnie wyznaczony i po drodze możecie się zatrzymać w jednej z wielu knajpek. Byliśmy tam praktycznie przed zmrokiem, więc to był bardzo szybki spacer, a szkoda bo jest tam bardzo przyjemnie i chętnie wybrałabym się tam jeszcze raz, ale na co najmniej 3 godziny, dłużej też za bardzo nie ma co tam robić.

20180223_181121

20180223_170041

Marrakesz
Słyszeliśmy od kumpla, że często ktoś proponuje Ci pomóc w dotarciu do celu, niby za darmo, ale jak już dotrzecie to każe sobie zapłacić i wszczyna awanturę. Pomimo tego, że o tym wiedzieliśmy i tak się na to złapaliśmy. Po wjeździe do miasta kierowaliśmy się do jednaj z największych atrakcji czyli suku. Suku to targowiska z pamiątkami. Szukając miejsca zapytaliśmy się chłopaka na skuterze gdzie jest parking, kazał nam jechać za nim. Daliśmy mu, sami z siebie, 5 dirhamów i mieliśmy wrażenie, że się na nas obrazi. Mówił, że chciał pomóc i nie robił tego dla pieniędzy, wystarczyłoby żebyśmy powiedzieli dziękuje. Powiedział, że za to pokaże nam kolegę, który doprowadzi nas do suków, zaznaczając, że mamy mu tylko podziękować. Niestety po przejściu chyba z 2 km jakimiś bocznymi uliczkami zabrał nas zamiast do suk do jakiegoś garbarzy, gdzie śmierdziało niemiłosiernie, a na podłodze było mnóstwo świeżo ściągniętych skór. Szybko sprawdziliśmy na mapach gdzie jesteśmy i postanowiliśmy nie słuchać już naszego przewodnika, który widząc to zaczął żądać od nas zapłaty za swoje usługi. Zaczął na nas krzyczeć na środku ulicy i nie dochodziło do niego, że ustalaliśmy, że mamy mu tylko podziękować. Może byliśmy zbyt naiwni, finalnie nie daliśmy mu nic i kolejnych „przewodników” odsyłaliśmy z kwitkiem.

Same suku było bardzo tłoczne i dość głośne. Małych sklepików z marokańskimi miseczkami, tadżinami, kosmetykami, przyprawami, butami, słodyczami, lampami, było tyle, że nie sposób tego wszystkiego obejść. Jednak miało to wszystko swój urok.

20180224_14381020180224_143816

Po udanych zakupach  trafiliśmy do Palace of the bahia – ładne miejsce, które większości z nas kojarzyło się z duża łazienką – wszystko w środku było wyłożone kafalkami. Na dziedzińcu i wokół pałacu były małe ogrody. Wizyta tam była miłym odpoczynkiem po głośnych targowiskach.

Myśleliśmy, że to właśnie w suku jest głośno, ale nic bardziej mylnego – Plac Dżamaa al-Fina to był hardcore. Już od wejścia uderzyła nas głośna muzyka, krzyki ludzi zachęcających do zjedzenia w ich knajpie, dźwięk fletu przy którym tańczyły kobry, różne języki w których porozumiewali się turyści. To był taki młyn, że nawet nie zorientowałam się jak Pani malowała mi wzorki z henny na dłoni, mówiąc ze to za free. No i oczywiście za free to nie było, po skończeniu zaśpiewała, że mam jej 200 dirhamów zapłacić (czyli jakieś 75 złotych). Nie było opcji targowania się, bo Pani była nieugięta więc dałam jej 15 dirhamów mówić, że więcej nie mam. No i się zaczęło… krzyki i kłótnie. Pomimo, że już dawno tej ciapy na dłoni nie miałam (jak usłyszałam, że ma się to trzymać 2 tygodniem to szybko to zmyłam), Pani nie dawała za wygraną i dodatkowo wtrąciła się jej koleżanka. Czułam się osaczona i spanikowana – miałam wrażenie, że jestem w szklanym pudle i wszyscy zewsząd krzyczą na mnie. Finalnie dzięki mojemu chłopakowi stanęło na tym, że nie daliśmy Pani nic więcej. Ja wiem, że oni na tym zarabiają i byłabym w stanie dać jej więcej gdyby można było się z nią potargować (przecież to standard w Maroku, wręcz niektórzy obrażają się gdy się tego nie robi) i nie zaczęłaby krzyczeć od razu.

20180224_17143720180224_173741

Po tej akcji miałam ochotę uciekać stamtąd i wracać do Taghazout. Miałam wrażenie, że tam nawet za patrzenie trzeba płacić, a ludzie są strasznie nachalni i nie rozumieją, że to raczej odstrasza, niż zachęca. Podobno wieczorem i w nocy jest tam najpiękniej. Aż żałuję, że nie byliśmy tam właśnie o tej porze. Knajpki są podobno pięknie oświetlone, a na placu Dżamaa al-Fina są jakieś pokazy i występy. Chyba tylko opcja zobaczenia tego byłaby w stanie przekonać mnie żeby tam wrócić. I to ktoś musiałby mi dać gwarancję, że będziemy tam tylko wieczorem. No mogłabym trafić jeszcze do suków (one w porównaniu do placu były bardzo spokojne) bo trochę żałuję, że nie kupiłam sobie wiklinowego pudełka i nie przyjrzałam się pięknym lampom.

Nic więcej, niestety albo stety, w Marrakeszu nie zobaczyliśmy bo już nie mieliśmy czasu i nie mieliśmy ochoty. A miejsc wartych do zobaczenia (piszą o nich na blogach i w przewodnikach) jest jeszcze dużo np. piękny podobno jest ogród Jardin Majorelle.

Jak było?
Było kapitalnie! Wizyta w Marrakeszu trochę mnie rozwaliła, ale całokształt… i to uczucie chillu w Taghazout, chętnie wróciłabym do tego stanu jeszcze raz! Złapałam również swoje pierwsze fale! We wpisie o Portugalii pisałam, że mam obawy przed wypłynięciem na outside, tu zwalczyłam swój lęk i opłacało się. Uczucie płynięcia na fali, jest nie do opisania! Mogę powiedzieć, że jest kapitalne!

Wyjazd miał być typowo surfingowy i taki był. Trochę żałuję, że nie odwiedziłam innych knajp, ale mając za sobą przejścia z klątwą marokańską wolałam chodzić do sprawdzonych miejsc, na sprawdzone wcześniej dania. Lepiej przecież było spędzać czas w oceanie niż w toalecie.

PS. Jeśli chcielibyście nauczyć się surfować, mam coś dla Was! Odezwijcie się do SurfAcademy. Organizują zagraniczne surfcampy, szkolą również w Polsce (tak da się surfować na Bałtyku) w Kołobrzegu, na ich wyjazdach macie dodatkowe atrakcje np. codzienne sesje jogi. Macie też pewność, że będziecie mieszkać przy samych spotach, ponieważ wybierają tylko pokoje/apartamenty z bezpośrednim dostępem lub w pobliżu oceanu. Oraz co najważniejsze, szkolić będzie Was certyfikowany i doświadczony instruktor – Jasiek.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s