Listopadowa Lizbona vol 2

Tak! Teraz mogę powiedzieć, że Lizbona mnie wciągnęła. Siedem dni na miejscu zdecydowanie daje większe pole do popisu niż zeszłoroczne cztery. Oczywiście tematem przewodnim również był surfing, o którym tym razem tylko krótko, ale zdarzyło mi się wrócić w te same miejsca. Nic nie poradzę na to, że są one tak dobre. Jesteście ciekawi jakie to nowe i stare miejsca odwiedziłam, czy może chcecie wiedzieć, gdzie można kupić niespotykane pamiątki, co kryje się w małych knajpkach z napisem Ginjinha oraz gdzie tętni życie nocne Lizbony? Zachęcam do przeczytania tegorocznego wpisu z listopadowych wakacji.


Jedzenie
Oczywiście nie mogłam nie wrócić do Verde Minho. Ich steki są kapitalnie. To właśnie tam wybraliśmy się na pożegnalną kolację. Połową porcji niezmiennie można się najeść „po kokardę”. No i oczywiście bifany, (bułki z mięsem wieprzowym i czosnkiem), a na deser, codziennie przynajmniej jedna pasztelka (Pastel da nata). Nie ma się co dziwić, że po powrocie waga zwariowała. To tyle ze starych i sprawdzonych dań, poniżej macie kilka nowości.

20171102_112636.jpg

Na jedną z kolacji wybraliśmy się do O Cantinho do Aziz, podobno w weekendy nie ma możliwości, że bez rezerwacji, znajdziecie tam miejsce. Dania główne są w cenach od 10 do 17 euro za porcję. Ja wzięłam krewetki z mięsem z kraba w mleku kokosowym i kapuście. Normalnie byłoby to dla mnie za mdłe, ale po przystawce (trójkąciki z mięsnym albo wegetariańskim nadzieniem), a dokładnie sosie podanym do niej, były dla mnie zbawieniem. Dlatego jeśli się tam wybierzcie i dostaniecie czerwoną pulpę w małej miseczce, bądźcie ostrożni – jest cholernie ostra. Chłopaki zamówili krewetki w sosie curry (jak dla mnie mistrzostwo, aż żałuję, że to nie było moje danie) oraz wołowinę (bardzo smaczna). Miejsce jest na pewno godne polecenia, obsługa jest bardzo sympatyczna i z dystansem – na ich ścianach możecie znaleźć „rekomendacje” z najróżniejszych zakątków świata np., że są oni najlepszą afrykańską restauracją w mieście wg. Daily Mail.

20171102_203325

Jeśli nie możecie zdecydować się na jedną knajpę polecam wybrać się do Mercado da Ribeira. Jest to wielka hala w której znajduje się mnóstwo różnego rodzaju restauracji, coś jak Warszawskie Koszyki. To tam jadłam najlepszą ośmiornicę w swoim życiu, a właściwie to był hot dog z ośmiornicą. Cena ok. 9 euro – trochę sporo, ale było warto. Chłopaki zdecydowali się na pizzę (była słaba) oraz na krokiety – dobre i w rozsądnej cenie. Generalnie z tego co mówił Michał (tak jak w zeszłym roku zatrzymaliśmy się u niego) targ cenowo nie powala, a do tego znalezienie miejsca siedzącego graniczy z cudem. Pewnie niektórzy zdążą zjeść swoje danie zanim sobie porządnie usiądą.

20171104_214458

20171104_215315

I na  koniec, coś dla tych którzy chcą się najeść w wersji eko, i nie koniecznie zależy im na portugalskich specjałach czy daniach morza. Na Rua da Palma jest knajpka japońska (DAO), gdzie za niecałe 10 euro w weekendy i wieczory możecie jeść ile chcecie. Dają tam  m.in., sushi, pierożki na parze, kurczaka, wołowinę czy kaczkę. Da się najeść. Ja zdecydowałam się na sushi, które najlepszym jakie jadłam nie było, ale było smaczne. Pierożki które wzięłam były za bardzo ugotowane –  spód został mi na liściu bananowca, a wołowina miała zdecydowanie za dużo panierki.

20171105_194607.jpg

Gdzie na imprezę?
Lizbona jak każde miasto ma swoja imprezowa ulice: Warszawa – Mazowiecką, Kraków – Floriańską i Chmielną, Londyn – Old Street czy Shoredith, w Lizbonie jest to Pink Street. Skąd nazwa? Nie mam pojęcia. Może ma związek z tym, że jest na niej klub w którym wcześniej był stary dom “panien lekkich obyczajów”. Co ciekawe ta ulica została pomalowana przez Markę Absolut na różowo więc idealnie wpasowuje się w nazwę.

20171104_221016.jpg

Na Pink Street miejsc do imprezowania jest sporo, więc każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. My weszliśmy do wspomnianego wcześniej „burdelu”. Wnętrze jest bardzo ciekawe, ale ostatecznie pobawiliśmy się z mniejszej knajpie, gdzie DJ, który był chyba w wieku mojego ojca, skutecznie zadbał o to, abyśmy posłuchali hitów naszej młodości.

Jeśli chcecie wybrać się w inne miejsce to polecam dzielnicę o której wspominałam poprzednim wpisie tj. Bairro Alto znajdziecie na niej pełno mikroskopijnych knajpek, w których grana jest muzyka na żywo, ale można potańczyć przy muzyce puszczanej przez DJ.

Trunki
Ostatnio już pisałam, że w Lizbonie można spokojnie sączyć alkohol podczas spacerów. Możecie wiec zaopatrzyć się w coś w sklepie, szczególnie tureckie są bardzo dobrze zaopatrzone i czynne w nocy. Zimne wino czy sangria w puszce czeka na Was w lodowce.

Ja polecam spróbowanie miejscowych specyfików. Jeśli tylko zobaczycie małą knajpę z wyrazem na szyldzie „Ginjinha” albo „Ginja” koniecznie tam wejdźcie. Szoty z ich wiśniowej nalewki są przepyszne i cudownie rozgrzewają w chłodniejsze wieczory! W małych sklepikach możecie kupić sobie coś na wynos, żeby dojść na kolejnego pit stopu, lub podarować komuś w prezencie. Jeden szot to 1,40 euro, cena butelki jest zależna od jej pojemności np. 1 litr to koszt 12,90 euro. Polecam!

20171102_190947.jpg

Warto spróbować również portugalskiego Moscatela (bardzo słodkie wino). My piliśmy Favaito. W smaku przesłodzone, jak dla mnie, ale przyjemnie się go sączy. Dostaniecie je w każdym tureckim w sklepie, koszt ok. 0,80 euro, za małą buteleczkę. Większe też można kupić, ale ja akurat nie patrzyłam już na większe kalibry, mała butelka była wystarczająca na dotarcie do mieszkania.

20171104_223307.jpg

Generalnie będąc w Portugalii konieczne trzeba spróbować ich wina. Jeśli idziecie w miasto i nie macie otwieracza, to nie martwcie się, otworzą Wam je w sklepie. Jakie wybrać? Nie mam jakiegoś swojego ulubionego, nawet te najtańsze (cena ok. 1,50 euro) są smaczne. Wiec szalejcie do woli.

Co zwiedzić?
Niestety z braku czasu nie wjechałam na górę zabytkową windą w dzielnicy Santa Justa. Zamku Świętego Jerzego również nie odwiedziłam, chociaż mało brakowało. Skutecznie zniechęciła mnie kolejka do wejścia. Koszt wstępu do Castelo de São Jorge to 8 euro. Praktycznie to dwa najbardziej turystyczne miejsca przy których zawsze jest tłum turystów. No nic trzeba będzie je zobaczyć przy kolejnej wizycie.

Plan z zeszłego roku został jednak w jakiejś części zrealizowany – przejechałam się słynnym tramwajem nr 28 przejeżdżającym obok głównych zabytków miasta. Ponieważ w ciągu dnia były straszne kolejki, zdecydowaliśmy się na nocna przejażdżkę. Zresztą Michał, stwierdził, że tak jest bardziej lokalesko. Podróż nie trwała długo, ale było warto. Już nie chodzi o same widoki, ale o przeżycia towarzyszące jeździe – ja nie mam pojęcia jak ten kierowca nie poprzestawiał tych wszystkich stojących na wąskich uliczkach samochodów. Jeśli chodzi o bilety to my akurat kupowaliśmy u kierowcy (koszt ok. 3,20 euro), można kupić również je w sklepach, ale powiem szczerze tematu nie sprawdzałam.

20171103_194603.jpg

Wycieczka za miasto
Jeśli będziecie mieć możliwość ruszenia się poza centrum to koniecznie wybierzcie się do Nazare, jakieś 1,5 godz. drogi od Lizbony. My pojechaliśmy tam na samochodowego tripa. W Nazare rozgrywane są zawody Big Wave i to tam są jedne z największych fal na świecie. Sięgają one nawet ponad 23 metry. Na takiej, a dokładnie 23,77 m, Garret McNamara z USA pobił rekord Guinesa w największej fali na jakiej kiedykolwiek surfowano.  Jak tam byliśmy sięgały one może z 8 metrów. Z góry (taras widokowy) nie wydawały się takie duże, ale już widok małych kropek (surferzy) pokazywał jaki to ogrom. Gdyby nie to, że w środę już wracaliśmy do Polski, to mielibyśmy jednak okazję podziwiać jeszcze większe – jeden z surferów podczas przejazdu zaliczył wtedy straszny wipeout, ale na szczęście nie skończyło się to tragedią. Zerknijcie na to nagranie, komentarz jest zbędny. Ja zrobiłam fotkę zdjęcia które wisi w forcie na cyplu. Jak dla mnie robi mega wrażenie.

20171106_110104.jpg

Gdzie kupić pamiątki?
Pamiątek jest wszędzie sporo, na każdym kroku spotkacie sklepiki z magnesami, flagami, koszulkami, wiec szukać za bardzo nie trzeba. Jeśli jednak chcecie przywieźć coś bardziej oryginalnego, jakąś wazę, kafelek, staroć bądź chcecie hurtem zaopatrzyć się w magnesy (cena od 1 euro, a nie jak na mieście od 2-3) polecam  Feira da Ladara tj. Targ złodziei znajdujący się na ulicy Campo de Santa Clara. Jest on dostępny tylko we wtorki i soboty od ok. 6:00 do ok. 15:00. Wiadomo, że im szybciej się tam zjawicie tym lepiej. Ja nie wiedziałam co wybrać, tyle tego było, w końcu zdecydowałam się na stary plakat Gingi, który sobie trochę poczeka na zawieszenie.

Zdecydowanie każdy z moich wyjazdów, jak na razie są tylko dwa, był zupełnie inny. Jestem pewna, że na tych dwóch razach się nie skończy, bo przecież mam jeszcze sporo do zobaczenia. Plan na przyszły rok to zamek, winda i wieczór w restauracji z Fado czyli melancholijnymi pieśniami jednej osoby przy akompaniamencie dwóch gitar – nic tylko czekać na realizację!

Jeśli ktoś nie miał okazji czytać relacji z pierwszego wyjazdu znajdziecie go tutaj.

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s