Listopadowa Lizbona

Pierwsze skojarzenia to steki, surfing, prawie wybita “jedynka” i “pasztelki”. Później przypominają mi się „bifanki” i wszechobecne kafelki. Lizbona zamknęła w tym roku listę moich podróży. Jakie to było zamknięcie? Powiem tak: to był krótki, ale wart wszystkiego, wyjazd.

Surfing
Kocham wodę. Uwielbiam i wręcz garnę się do wszystkich sportów z nią związanych. Wakeboarding, kitesurfing, windsurfing, żeglowanie, rafting – każdego spróbowałam i z każdym wiążą się wspaniałe wspomnienia i przeżycia. Nawet kąpiel w wydaniu zimowym mnie nie przeraża. Jedyną rzeczą jakiej się boję, to duże fale…

Surfing zdecydowanie znajdował się na liście moich marzeń i cieszę się, że udało mi się zrealizować je właśnie w tym roku. Była to kolejna nowość i okazja do przezwyciężenia swoich lęków. Od razu po przylocie do Lizbony i szybkim przepakowaniu się w mieszkaniu, ruszyliśmy na spot Praia de Carcavelos, na moją pierwszą lekcję. Szybka rozgrzewka, dokładne poznanie podstawowych zasad bezpieczeństwa (w ostatniej chwili wykupiłam ubezpieczenie, ale nie warto ryzykować, bezpieczeństwo to podstawa), nauka wstawania i można ruszać łapać swoje pierwsze fale. No dobra piany – do fal było jeszcze daleko.  

Jak było? Świetnie! Udało mi się wstać za pierwszym razem! Później zaliczyłam kilka widowiskowych upadków. Raz fala tak bardzo mnie poturbowała, że wirując w morzu, myślałam tylko o ochronie swojej głowy, nie wiedziałam czy moje nogi są bliżej dna czy tafli wody. Po wynurzeniu byłam blada jak ściana. No cóż tzw. wipeouty są nieodzowną częścią tego sportu. Za drugim razem, prawie straciłam zęba, gdy po wynurzeniu się deska, pieszczotliwie nazywana “drzwiczkami”,  uderzyła mnie prosto w jedynkę. Wizja szukania dentysty, bo przecież nie będę chodzić bez podstawowego zęba, nie napawała mnie optymizmem.

Kolejne razy były coraz lepsze. Nie udało mi się co prawda wypłynąć w głąb i złapać całej fali, ale mam cel na przyszły rok. Myślę, że wszystko poszło tak dobrze za sprawą mojego instruktora. Michał, u którego mieszkaliśmy, na pewno nie minął się z powołaniem i od razu widać, że kocha to co robi.

5

3

20161122_104548

Surfing potrafi zmęczyć, atmosfera jednak wynagradza to uczucie. Swoboda i luz – tak mogę to opisać. Zwieńczeniem wysiłku i walki z żywiołem była joga – plaża, słońce i szum oceanu to świetne miejsce również na tego typu aktywności.

Jedzenie
Myśląc o jedzeniu, przed oczami nie widzę długo oczekiwanych owoców morza, ale „pasztelki”. Pastel da nata to jeden z najpopularniejszych deserów w Portugalii. Nie objadam się ostatnio ciastkami, ale to – istne niebo w gębie. Ciasto francuskie z jajeczno-budyniowym nadzieniem, przypieczone i posypane cynamonem, zjadane, gdy są jeszcze ciepłe mmmmm. Nie było dnia bez choćby jednej „pasztelki”. Dwie to minimum.

20161121_180531.jpg

Na drugim miejscu są Bifany. Niby zwykła bułka z mięsem wieprzowym i czosnkiem, ale możecie mi uwierzyć – powala. Nie wiem w czym oni marynują to mięso, ale smak jest kapitalny. Michał wspominał, że dzieciaki takie kanapki zabierają do szkoły… aż szkoda, że mi mama takich nie pakowała. Niestety ciężko jest się najeść taką jedną bułką, dlatego zawsze brałam ja w zestawie z również świetnie przyrządzonymi, krewetkami.

20161121_171933

Wydawało mi się, że na tych wakacjach będę cały tydzień „siedzieć” w owocach morza. Oczywiście było ich też trochę. Smaczna ośmiornica, w dość dziwnym towarzystwie jajka i ziemniaków. Krewetki, w różnym wydaniu. Najgorsze były te, które trzeba było obierać. Chyba zamówiłam takie ostatni raz – strasznie dużo roboty z najedzeniem się. Na tym wyjeździe wygrało mięso.

20161123_222932.jpg

20161124_165832.jpg

Steki. W całym swoim życiu nie zjadłam ich tyle, jak przez te 4 dni. Nigdy też nie jadłam ich tak świetnie przyrządzonych. Były te z wołowiny i z indyka. Pamiętam jak Michał zabrał nas do knajpy, gdzie przychodzą sami „lokalesi”, mówił że jest dużo, smacznie i tanio. Faktycznie tak było. Verde Minho to knajpa, gdzie głównym punktem jest grill. Wszystkie kawałki mięsa smażone były na naszych oczach.  Zamówiliśmy, tylko pół porcji, a po jej zjedzeniu mieliśmy problem z podniesieniem się z krzesła.

20161122_202116

20161122_202113

Tak, to było pół porcji. Zapłaciliśmy za nie tylko po 5 euro. Jesteście ciekawi jak wygląda cała? Ja też. Kolejny stek, który pamiętam jedliśmy w Azeitão. Niestety nie pamiętam nazwy knajpy, ale była prowadzona przez Włochów i  była bardzo blisko rozlewni wina JP. Do końca nie wiedzieliśmy czego mamy się spodziewać, bo zamówienie bardzo szybko złożył Michał jeszcze zanim zdążyliśmy porządnie usiąść przy stole. Niektórzy z nas byli trochę zdenerwowani (sprawdza się stara maksyma – głodny człowiek to zły człowiek), ale po wkroczeniu naszych dań pojawił się uśmiech od ucha do ucha. Nie widziałam jeszcze tak dużego steka. Mi trafił się trochę za bardzo wysmażony, ale i tak się nim zajadałam. Był pyszny! Chyba najlepszy w moim życiu.

20161123_154029

Praktycznie w trakcie każdego posiłku, wieczoru, imprezie towarzyszyło nam jakieś wino. Najbardziej pamiętam „JP”, które ochrzciliśmy  „jean poal”. Pierwszy raz piliśmy je na ulicy w drodze na imprezę – kupiliśmy je za około 2 euro. Cena… ujmijmy ją jako bardzo ekonomiczną. Drugi raz piliśmy je w pobliżu jego rozlewni, podczas wspomnianego wcześniej najlepszego steka. Śmialiśmy się, że nigdy nie podano nam wina za 2 euro w sposób jakby kosztowało co najmniej 200. Wszystko za sprawa kelnera, który podał je jak rasowy somelier. Oczywiście tylko to wino przywiozłam jako prezenty dla znajomych, Mam nadzieję, że docenią jego smak i wartość – nawet po przeczytaniu tego wpisu.

Miasto
Spacerując uliczkami Lizbony wszędzie można zauważyć klimatyczne budynki i mury obłożone kafelkami. Kiedyś taki wystrój kojarzył mi się z starym barem mlecznym. Teraz zdecydowanie nabrał innego wymiaru.

20161124_101851

Wybierając się na wycieczkę zdecydowanie warto zabrać ze sobą wygodne buty – niejednokrotnie trzeba pokonać kilka wzniesień, ale widok wynagradza ten wysiłek – lekki bo lekki, ale zawsze jakiś.

20161124_104838

20161124_101309

Większość z nas pewnie kojarzy obrazy przedstawiające żółte tramwaje. Jest to chyba jedyna rzecz z jaka utożsamiałam wcześniej Lizbonę. Mieszkaliśmy tuż obok stacji początkowej najpopularniejszego tramwaju nr 28, który na swojej trasie ma wszystkie najważniejsze punkty turystyczne. Niestety podróż nim musieliśmy odłożyć na kolejny raz. Mieliśmy jednak okazje mijać go kilka razi i podziwiać zirytowanego konduktora usiłującego zepchnąć samochód, który pewnie „przypadkiem” stanął na torach.

20161124_104237

Lizbona to zdecydowanie pierwsze miasto, w jakim byłam, w którym można spokojnie przejść przez ulice na czerwonym świetle, mijając obok stojącego policjanta. Można tam też spożywać alkohol na ulicy, również w ciągu dnia, bez jakichkolwiek konsekwencji. My korzystaliśmy z tego podczas naszego jedynego, niestety, spaceru wąskimi ulicami miasta. Sangria z puszki w lizbońskim słońcu smakowała kapitalnie.

20161124_112154

A jak z nocnym życiem?  Zdaję sobie sprawę, że w sezonie wakacyjnym dzieje się więcej. Choćby fakt ze placu Martim Moniz na którym mieszkaliśmy wieczorami organizowane są spore imprezy trwające do białego rana. Niestety nie mieliśmy okazji ich sprawdzić. Wybraliśmy się jednak do Bairro Alto – dzielnicy w której jest sporo, co prawda nie tak mikroskopijnych jak w Japonii, małych knajp.

Co zwiedzać?
Tym razem nie popisze się poradami. Celem pobytu był surfing i na zwiedzanie zwyczajnie zabrakło nam czasu. Wiem  jednak, że obowiązkowym punktem jest oceanarium. Przez prawie 2 godziny chodziłam tam z szeroko otwartymi ustami. Na koniec zwiedzania marzyłam o szklance wody – tak zaschło mi w ustach. Robi ogromne wrażenie. Zostać przestraszonym przez rekina, który nagle pojawia się przy twojej twarzy, gdy stoisz i podziwiasz to co dzieje się w głębi ogromnego akwarium – bezcenne!

20161123_181145.jpg

20161123_175411

20161123_183539

20161123_184707

Po moich późnych i krótkich wakacjach pozostał zdecydowanie niedosyt. Te cztery dni były strasznie wypełnione, nie miałam czasu na chwile odpoczynku i poczucia jak żyje Lizbona. Nie mogę też jednoznacznie stwierdzić, że mnie porwała. Na szczęście opcja powrotu jest bardzo realna i wtedy na pewno będzie to zdecydowanie dłuższy pobyt.

Na koniec zostawiam Wam jedną radę. Uważajcie w czasie powrotów do domu, nie rozpraszajcie się zbytnio, kiedy będziecie już w jego pobliżu, bo wtedy zdarza się najwięcej wypadków i wpadek. My po przejechaniu ponad 3 tysięcy kilometrów samochodem przez Europę dostaliśmy jedyny mandat. Gdzie? Oczywiście w Warszawie. Jak to ujęli chłopaki – zawsze musi być jakiś przypał.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s