Japonia po mojemu

Chociaż mnie nie porwała – wiem, wiem, nie powinnam zdradzać puenty na samym początku, to jednak zostawiłam tam cząstkę siebie – przezwyciężyłam swój strach, ale o tym później.

W ostatnim wpisie pisałam o jedzeniu, dlatego w tym już nie znajdziecie wzmianki o moim “ulubionym” sosie rybnym. Zapraszam więc na moją wersję Kraju Kwitnącej Wiśni, dowiecie się m.in co uratowało mnie od zatrucia pokarmowego i jak Edyta poznała tajemnicę o nauce języka.

Ludzie

Jak zaczynam opowiadać o wyjeździe to zawsze jest to kwestia, którą poruszam na samym początku. Japończycy swoim zachowaniem, pomimo kilku dziwnych akcji, wywarli na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Wydawałoby  się, że są zamknięci na innych i żyją w swoim zabieganym świecie. Zdarzają się owszem i tacy, ale my wielokrotnie spotykaliśmy się jednak z tym, że są bardzo przyjaźnie nastawieni. Przykładowo, jak staliśmy na środku ulicy z mapą, wielokrotnie podchodzili do nas i pytali czy w czymś pomóc. Jak my prosiliśmy o pomoc to nigdy nie zdarzyło się tak, że ktoś odprawił nas z kwitkiem. Mam wrażenie, że zabezpieczają się trochę na wypadek zagubionych turystów – kiedy podeszliśmy do jednego z wielu komisariatów policji, policjant wyciągnął mała mapę swojego rejonu i narysował nam drogę do naszego hotelu.

20160601_145659 (1)20160528_121254

Z drugiej strony odniosłam wrażenie, że się nas boją. Np. idąc rano po śniadanie, pewien starszy Japończyk zmierzył mnie wzrokiem z góry na dół. Z jego oczu nie wyczytałam zachwytu, ale wręcz przerażenie. Na starcie zaznaczę, że wyglądałam normalnie, jak na co dzień, nawet zdążyłam zrobić makijaż… No cóż, w Japonii, nie pomaga jak się jest wyróżniającą się z tłumu, wysoką, rudowłosą dziewczyną.  Momentami w tłumie Japończyków byłam najwyższa. Świder żartuje sobie teraz z tej sytuacji mówiąc, że pan zaczął uciekać krzycząc na cały głos “Godzilla!”.

Czasami dziwnie czułam się w metrze, jak obok mnie zostawało jedno wolne miejsce, a całkiem sporo osób stało nade mną. Nie wiem o co im chodziło, przecież codziennie rano brałam prysznic…

Kolejną śmieszną sytuacją była ta, jak wieczorem, no dobra po 24, poszliśmy do sklepu po alkohol i ciepłe przekąski. Jak co nocy siedliśmy na schodach przed sklepem i jedliśmy co kupiliśmy. Tej nocy podszedł do nas sprzedawca i poprosił żebyśmy zrobili więcej miejsca bo klientka boi się wyjść ze sklepu. Miejsca już wcześniej było sporo, ale ok, przesunęliśmy się. Pani wychodziła wpatrzona w ziemię, szybko przebierając nogami.

I ostatnie spostrzeżenie co do ludzi – w Tokio nie znajdziesz przystojnych Japończyków! No dobra znajdziesz całkiem ładnych, ale mają około 3 lat.

Porządek

Kiedy staje się na światłach możemy zauważyć specjalnie wyznaczone linie przed którymi należy się zatrzymać. W metrze oznaczone są strony, którymi masz się poruszać. Jeśli na którymś poziomie, jest wyjątek – masz iść prawą, a nie lewą stroną, wszystko jest oznaczone innym kolorem, a Pani dodatkowo przez głośniki prosi, aby iść prawą stroną.

20160601_153800

Ludzi przewijących się ulicami miasta jest sporo, ale nikt nie wchodzi sobie w drogę i nikt nie zderza się ze sobą. Nigdzie na ulicy nie widziałam porozrzucanych śmieci. Znaleźć kosz również nie jest łatwo. Jeśli już go znajdziemy, w metrze, czy w sklepach wszystko jest segregowane.

Zadziwiające było także to, jak sprawnie poruszają się po skrzyżowaniach. Dla mnie, te “zebry”, były trochę niebezpieczne i skomplikowane. Myślę, że u nas by to nie przeszło, dla Japończyków to jednak codzienność.

20160531_170540

Tokio

Tokio jest bardzo zatłoczone, zdecydowanie bardziej niż Warszawa. W ciągu dnia można podziwiać małe sklepiki i tłumy ludzi przechodzących zatłoczonymi skrzyżowaniami lub wylewających się z metra.

20160528_190234

Najbardziej zachwyciło mnie wieczorem i w nocy. Oświetlone neonami budynków ulice, zewsząd tłumy rozświetlane błyskami fleszy turystów. Zdecydowanie ma swój klimat. Przechodząc przez największe skrzyżowanie znajdujące się w dzielnicy Shibuya, odniosłam niesamowite wrażenie jakby było się w środku ogromnego targowiska, albo u bram hali na której zaraz ma odbyć się koncert jakiejś gwiazdy i każdy z przechodniów idzie w wyznaczonym sobie kierunku, a Ty stoisz pośrodku. Jesteś jakby sercem dużego poruszającego się organizmu. Do tego wszystko oświetlone jest dużymi bilbordami, a Ty nie ruszając się napawasz się tym widokiem – mega fajne doświadczenie.

20160528_190544

IMGP5701

Wycieczki, czyli Nikko i Kamakura

Niko to, jak dla mnie, same świątynie i nic do oglądania. Wiadomo ich budynki są piękne, ale po kilku dniach już nie robiły na mnie wrażenia. Aby wejść do praktycznie każdego budynku należało zapłacić minimum 500 jenów – my nie weszliśmy, bo włączył się nam tryb tzw. oszczędzania. W jedną stronę dojechaliśmy autobusem, a w druga zrobiliśmy sobie mały spacer. Dzięki temu zobaczyliśmy malowniczo usytuowany czerwony most Shin-kyo (lub inaczej Shinkyo Bridge).

20160529_14153420160529_135026

20160529_163622

Zdecydowanie bardziej podobała mi się Kamakura, która jest jakąś godzinę drogi od Tokio. Znajduje się w niej, drugi co do wielkości pomnik przedstawiający buddę Amidę, mierzący 13,35 metrów. Najwyższy jest w Narze i mierzy 16,2 metrów. Za drobną opłatą, tj. 20 jenów ( ok. 80 groszy) można było wejść do środka pomnika. W środku, zaznaczę, nie było nic powalającego.

20160531_151651.jpg

IMGP6092

W Kamakurze znajdziemy również świątynie. Praktycznie całe miasto otoczone jest jakimiś budowlami. My ograniczyliśmy się tylko do trzech, trafiając przy okazji na pokaz Japonek w ich tradycyjnych strojach. Chłopaki stali w pierwszym rzędzie.

20160531_150241

20160531_125853

Odaiba

Miejscem, które konieczne trzeba zwiedzić w Tokio jest sztuczna wyspa Odaiba. Dlaczego? Wszystko dla darmowego widoku. Kiedy staniemy na jednym z tarasów widokowych możemy zobaczyć Tęczowy most, łączący wsypę z Tokio, całość wygląda naprawdę imponująco. Spędziliśmy dobre 40 min na robieniu zdjęć i czekaniu na zachód słońca – tylko po to, aby zrobić kolejne w wieczorowym wydaniu.

20160530_185309

Na wyspie znajduje się również diabelski młyn, salony gier, duże centrum handlowe, mniejsza niż Stanach Statua Wolności i salon Toyoty. Do salonu gier weszliśmy na chwilę, zagraliśmy kilka razy w jednorękiego bandytę. Po przegraniu 200 jenów zrezygnowaliśmy.

20160530_184627

20160530_172327

Najwięcej czasu spędziliśmy w salonie Toyoty. Ich samochody są, zupełnie inne niż u nas. W sumie to mogę powiedzieć, że u nas takich nie ma. Są małe kompaktowe, niektóre wyglądają jak puszki. Oczywiście nie zabrakło sportowych i terenowych. Najbardziej spodobał nam się jeden z przerobionych wanów – miał mega wygodne rozkładane fotele. Po kilkunastu kilometrach pieszo, położenie się na czymś miękkim było czymś o czym marzył każdy z nas.

20160530_164137

20160530_163538.jpg

Sumo

W pierwszym dniu pobytu mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy na odbywające się raz na 3 miesiące w Tokio zawody sumo. Chcieliśmy tylko zobaczyć halę walk, a przed wejściem okazało, że za 2 tysiące jenów możemy zobaczyć walki na własne oczy. Za około 76 zł  mogliśmy podziwiać je z balkonu, miejsca niżej zaczynały się już od 4 tysięcy.

20160528_142040

Po wejściu na ogromną hale trafiliśmy na tzw. “postrzyżyny” odchodzącego na emeryturę zawodnika. Przez około 2 godziny patrzyliśmy jak zawodnik sumo siedzi na środku ringu, a za nim kilka osób ustawia się w kolejce. Mistrz ceremonii każdemu z osobna pokazuje, który kosmyk włosów mają obciąć. Następnie każda z tych osób (musiały to być sławne i znaczące osoby, bo po wyczytywaniu nazwisk z sali słychać było oklaski) za pomocą dużych złotych nożyczek obcinała wskazany włos. I tak na wszystkie cztery strony świata. Możecie sobie wyobrazić jak interesujące to było… Część z nas wykorzystała sytuację i odsypiała wcześniejszy lot.

Myśleliśmy, że to już wszystko, ale na szczęście okazało się, że walki są przed nami. Sama walka, była bardzo krótka – trwała około od 10 do 30 sekund. Najdłużej trwała cała ceremonia przygotowawcza. Najpierw wychodził jakiś śpiewak, następnie sędzia wzywał zawodników. Później zawodnicy posypywali ring solą (oczyszczali w ten sposób arenę) oraz stojąc naprzeciwko siebie wykonywali tzw. shinko – przenosili ciężar ciała z nogi na nogę, a następnie podnosili je kolejno w górę i opuszczali z mocnym uderzeniem w podłoże. Wszystko to po to, aby odgonić złe duchy. Następnie w środku kręgu, kłaniali się i przyjmowali pozycję kuczną wykonując rytuał o nazwie chirichōzu. Potem zaczynała się walka. Zdarzało się, że jeden podnosił i przenosił za linię swojego przeciwnika, a ten niezgrabnie machał nogami. Podczas jednej z walk zawodnik wypadł z ringu na tłum.

IMGP5537IMGP5558

Generalnie warto zobaczyć, jest to coś innego. Chociaż samo spoglądnie na zawodników nie było dla mnie zbyt przyjemne – nie ma nic fajnego w patrzeniu jak duży męski tyłek wypina się przed Tobą, a zasłaniają go tylko, ciasno związane, zrobione z materiału “stringi”. Zwracam uwagę na męskie tyłki, ale tutaj… zdecydowanie nie było na czym oka zawiesić.

Z takich ciekawostek – zawodnicy Sumo mają zakaz prowadzenia samochodów. Dlaczego? Ze względu na ilość wypadków. Czym więc się poruszają? Maja specjalne taksówki, które odbierają i zawożą ich na zawody. No cóż, dla Japończyków, zawodnicy sumo to celebryci. 

IMGP5499

Ceny

Każdy pyta mnie czy Japonia jest droga. Ja powiem tak. Na cały wyjazd, łącznie z wcześniej kupionymi, w okazji, biletami za 877 zł w dwie strony i noclegami, wydałam coś około 3 tysięcy złotych. Spodziewałam się znacznie większej sumy, ale umówmy się nie wchodziliśmy do wszystkich świątyń, muzeów, gdzie wstępy zaczynają się od 500 jenów (ok. 20 zł), nie jadaliśmy w knajpach, gdzie ceny startowały od 1300 jenów. Pieniądze poszły na bilety na metro, pociągi do Kamakury czy Nikko, i na jedzenie, głównie z supermarketów. Oczywiście jak wiecie z poprzedniego wpisu, nie żywiliśmy się tylko tym co można w nich kupić. Pamiątki też przywiozłam, ale były to raczej drobne rzeczy, typu magnesy, pałeczki, czy japońskie słodycze. Najdroższą pamiątką było małe kimono, które kupiłam dla mojego chrześniaka, ale okazało się, że mały musi jeszcze do niego urosnąć.

Wiec na pytanie czy Japonia jest droga, odpowiedz brzmi: to od Ciebie zależy czy taka będzie czy nie, moja taka nie wyszła.

Efekt WOW

Przedostatniego dnia,  po wycieczce do Kamakury, rozdzieliliśmy się z ekipa i razem ze Świdrem pojechaliśmy z powrotem do Tokio. Naszym celem było Tokio Skytree, czyli najwyższa wieża telewizyjna na Świecie, która ma 623 metry wysokości. Dla porównania najwyższy w Warszawie budynek, czyli Pałac nauki i Kultury, ma 237 metry.

20160601_154942

Po wjechaniu na 350 piętro, ogarnęło mnie jakieś dziwne wrażenie, które starałam się w sobie zadusić, a tym bardziej nie chciałam o nim powiedzieć Świdrowi. Widok był nieziemski – oświetlone nocą miasto wygląda świetnie. Widać było nawet jeżdżące samochody czy statki pływające przy sztucznej wyspie Odaiba. Dość ostrożnie podchodziłam do okien, Świder śmiał się, że prawie na czworakach. Odetchnęłam z ulgą jak po chwili oświadczył mi, że raczej nie starczy nam pieniędzy, aby wjechać na 451 piętro. Niestety, z perspektywy czasu stwierdziłam, że “stety”, okazało się, że w portfelu ma jeszcze 7 tysięcy jenów. Początkowo zrobiło mi się słabo, ale stwierdziłam, że raz się żyje. Winda na górę była z jednej strony przeszklona i było widać panoramę miasta. Na całe szczęście podłoga w niej nie była przeszklona, bo nie weszłabym tam nawet jakby mnie ktoś wciągał.

Widoki zapierały dech w piersiach. Podejście do okna nie było już takie straszne, w sumie do czasu jak popatrzyłam w dół… Wychylając się, oprócz oświetlonego miasta, można było zobaczyć platformę 350 pietra i oddzielające nas od niej chmury. Zamykając oczy przypominam sobie dokładnie ten moment. Wtedy wiedziałam, że to kolejny etap do przezwyciężenia swoich słabości i kolejna nowa rzecz jaką zrobiłam. Dziękuje Świdrowi, że mnie wyciągnął i nie pozwolił zrezygnować.

20160531_19351620160531_200251

Po zjechaniu na parter stres trochę ze mnie zszedł, ale nogi trzęsły mi się jeszcze przez jakiś czas. Kiedy się uspokoiłam opowiedziałam Świdrowi o czym myślałam będąc na górze tzn. że za chwilę jakiś samolot uderzy w tą wieżę i że runiemy na całe Tokio. Dziś się z tego śmieje, ale wtedy byłam lekko przerażona.

20160531_204519

Jak tajemnica wyszła na jaw?

Tak jak pisałam w wcześniejszym wpisie, kilka miesięcy przed wyjazdem chodziliśmy ze Świdrem na lekcje japońskiego. Wszystko w tajemnicy przed Edytą. Niestety w samym Tokio ciężko było nam cokolwiek powiedzieć, na zajęciach nie uczyliśmy się podstawowych zwrotów jakie mógłby wykorzystać turysta tj. Jak trafić do…? Który pociąg jedzie do…? Chciałam zapytać o cenę, ale umówmy się, że głupio pytać ile co kosztuje jak wszędzie, jak krowie na rowie, były wywieszone ceny. Z czytaniem też nie bardzo mogliśmy się popisać, nie zdążyliśmy się nauczyć katakany i kanji, a niestety w hiraganie nie piszą wszystkiego. Oni mieszają te trzy języki, a raczej “krzaczki” ze sobą.

Udało się jednak wykorzystać moje, małe bo małe, umiejętności. Po wieczorze z jedzeniem z bazarów, trafiliśmy na imprezę Japończyków. Sake, którym nas poczęstowali, można powiedzieć, że uratowało nasze żołądki. Ci, którzy nie pili następnego dnia mieli małe rewolucje. Możecie sobie wyobrazić minę Japończyków, którzy nie spodziewali się, że Polka, w ich języku, powie im, że ma pusty kubek, nie ma co pić i mają jej nalać. Zaraz zapytali czy mówię po Japońsku. Wytłumaczyłam, że uczyłam się go przez kilka miesięcy, ale umiem kilka podstawowych zwrotów. Później już tylko, w ich języku, mówiłam, ze nie rozumiem i podnosiłam kieliszek mówiąc “Kassai” tzn. na zdrowie.

To właśnie po tej imprezie Edyta poznała prawdę. Na początku trochę się wkurzyła, że zrobiliśmy z tego tajemnicę. Później już tylko śmiała się z tego, że musiałam się napić żeby się odważyć cokolwiek powiedzieć. 

20160528_201859.jpg

Czy wrócę do Japonii?

Chciałabym. Chciałabym pojechać na 24 godziny do Tokio. Przejść się do Shinjuku Golden Gai, posiedzieć w mikroskopijnych knajpkach, a potem o świcie udać się na największy targ rybny w Tsukiji. Chciałabym pojechać, najszybszym pociągiem świata tj. Shinkansen, do Kioto żeby zobaczyć las bambusowy. Wiem, że na pewno w swoim życiu postawię swoją nogę na Japońskiej ziemi. Będę musiała jednak pamiętać, aby wziąć buty z miększą i wyższą podeszwą. Moje, na maksa wygodne, jak się okazało na krótszych trasach, trampki sprawiły, że w trzecim dniu pobytu (codziennie robiliśmy około 20 km pieszo) moje pięty bolały mnie jak cholera. Ledwo stałam na nogach. Udało się, na szczęście, znaleźć wyjście – nie, nie kupiłam nowych butów. Poszłam do supermarketu, kupiłam gąbkę do mycia naczyń, przecięłam ją na pół i włożyłam pod pięty. Nie wiem jak na to wpadłam, ale podziałało – mogłam zwiedzać dalej. Dla chcącego nic trudnego.

20160531_213445

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s