Smaki Japonii

Przeglądając te zdjęcia czuje się jakbym był/była na wycieczce kulinarnej”. Słyszałam to wielokrotnie od znajomych, którzy już mieli okazję zobaczyć, zrobione przeze mnie, zdjęcia. Odpowiadałam, że taki był jeden z moich celów – poznać jak smakuje Japonia, czy oprócz oczywistego sushi, mają coś jeszcze co mi zasmakuje i czy to o czym tyle się naczytałam, na różnego rodzaju blogach, faktycznie jest takie pyszne.

Sushi

Opowiadając o Japońskim jedzeniu nie wypada zacząć od niczego innego. Uwielbiam je jeść, mogłabym codziennie! I tak też było. W Japonii sushi dostaniesz wszędzie: w knajpach, w supermarketach, na stoiskach przy ulicach. Najczęściej jadaliśmy te z supermarketu (w cenie 8,50 za około 8 kawałków). Było na śniadanie, jako przekąska czy na późną kolację. Oczywiście byliśmy również w knajpie, gdzie Sushiman, przygotowywał je na moich oczach. Zamówiliśmy 3 rodzaje maków, rolka kosztowała ok 100 do 450 jenów (od około 3,80 do 17 zł), oraz dwa kawałki z ikrą łososia (ok. 200 jenów czyli jakieś 7,60 zł). Cenowo nie wychodzi sporo, w sumie więcej zapłaciliśmy za zamówione tam piwo.

Niestety nie udało mi się dotrzeć na najsłynniejszy targ rybny – Tsukiji, gdzie sushi podobno jest “the best” – no cóż mam powód żeby tam wrócić.

Czy to Japońskie sushi było lepsze od polskiego? Powiem szczerze, że chyba miałam szczęście być w Polsce w bardzo dobrych knajpach, bo nie czułam zbytniej różnicy, no może w tym, że w Polsce dostajesz wasabi dodatkowo na talerzu, a w Japonii dają je tylko do środka i tylko do ryb, ale myślę, że to nasze Europejskie przyzwyczajenie.

20160530_215609

20160530_215221

Jedzenie z bazaru

Oczywiście nie żywiłam się tylko sushi. W pierwszym dniu pojechaliśmy do dzielinicy Asakusa, gdzie na straganach, przy świątyni Sensō-ji,  można było popróbować różnych, niespotykanych u nas, przysmaków. Były  grillowane paluszki krabowe i inne owoce morza. Lody, a właściwie pokruszony lód z dodatkiem różnych sosów, banany oblane kolorową czekoladą. Skusiłam się na grillowane ośmiornice. Pani najpierw sparzyła je w gorącej wodzie, a po ugrillowaniu zanurzyła w sosie barbecue. Ośmiornica była trochę gumowata, ale smakowała mi.

20160528_123536

Trafiliśmy też jednego wieczoru na taki miejski bazar, gdzie miałam okazję posmakować świeżych japońskich potrwa. Pierwszym jaki musiałam spróbować (naczytałam się o nim już przed wyjazdem) były Takoyaki – kulki z ciasta z różnymi dodatkami z ośmiornicą w środku. Brzmi pysznie, wyglądało również pysznie, ale szkoda, że spód pudełka był wysmarowany sosem rybnym.

20160529_213131

Kolejną daniem jakie spróbowaliśmy (jedliśmy ze Świdrem wszystkiego po połowie, bo nie dalibyśmy spróbować tylu rzeczy biorąc całą porcję dla siebie) były Okonomiyaki – placki z różnych składników tj. kapusta, imbir, itp. pieczonych na blasze. Wyglądały zachęcająco, zjadłabym do końca, gdyby nie…uwaga…sos rybny!

20160529_220508

Ostatnim “konkretem” jaki spróbowałam były placki z dodatkiem jakiegoś gulaszu. Placki dobre, ale gulasz…śmierdział jakimiś wnętrznościami i oczywiście czym? Sosem rybnym!

Po takiej dawce sosu trzeba było pójść na coś słodkiego, skusiliśmy się na ich pancake z nadzieniem czekoladowym w środku. Pycha! Wzięliśmy jeszcze po “lizaku” tzn. Śliwce zanurzonej w masie lizakowej. Sama masa był mega słodka – na szczęście zabiła sos rybny, ale kiedy doszłam do śliwki…okropna, nie wiem co to było – wyrzuciłam. Na koniec już nie chcieliśmy nic próbować, przechodziliśmy pomiędzy straganami podziwiając różnorodność potraw. Były ryby. nadziewane na patyku, banany w czekoladzie (zauważyłam, że to bardzo popularny deser).

20160529_214055

Strasznie namieszaliśmy tego wieczoru, ale z ratunkiem przyszli nam, obchodzący w tym czasie święto światła, Japończycy. Co się działo? O tym w drugiej części wpisu. Mogę tylko powiedzieć, że to właśnie wtedy wyszło na jaw, że kilka miesięcy wcześniej chodziłam na lekcje japońskiego.

Przysmaki w podróży

Kolejnych specjałów próbowałam na wycieczkach. W Nikko spróbowaliśmy Mochi – tradycyjnych japońskich klusek/ciastek robionych z klejącego ryżu. Wzięliśmy jedno z nadzieniem czekoladowym, a drugie z budyniowym. Były całkiem dobre, nie za słodkie. Niestety nie wszystkim się udało dobrze wybrać smak.  Kolega wziął takie o smaku zielonej herbaty – jego mina nie zachęcała do spróbowania. Z ciekawości jednak to zrobiłam, chociaż po pierwszym kęsie żałowałam swojej decyzji. Lubię zieloną herbatę, ale to koło niej chyba nawet nie stało.

20160529_142146

Myślałam, że ta zielona kluska była najgorszym co zjadłam w tym dniu, ale nie wiedziałam, że za chwilę czeka mnie coś gorszego. Obok klusek pani robiła Tokoroten – makaron na zimno z agaru podawany z sosem sojowym, ich musztardą (smakowała chrzanem) i ziołami. Wyglądało to jak gluty…szczególnie w momencie jak było wyciskane z takiej praski. W smaku – wolę nie komentować, wystarczy, że powiem, że oddałam całość Świdrowi i pośpiesznie popiłam piwem, które czekało na odpowiednią okazję w plecaku.

20160529_142741

20160529_143309

Kiedy byliśmy w Kamakurze – znajduje się tam największy posąg Buddy, spróbowałam mitarashi-dango – tradycyjnych japońskich klusek robionych z mochiko, czyli mąki ryżowej, polanych syropem z sosu sojowego, cukru i skrobi. Pierwsza kulka była nawet smaczna, ale kolejne już mi nie podeszły – chyba co za dużo to nie zdrowo – Świder dojadł do końca.

20160531_150935

W Kamakurze próbowaliśmy też marynowanych warzyw, sprzedawanych w próżniowych opakowaniach. Ogórki były jeszcze ok, ale rzepa (chyba to była rzepa) czy pietruszka… zdecydowanie nie moje smaki. Znajomi kupili też ciastka. Chyba nikomu nie podpasowały, bo ostatnie zjedliśmy 3 dni potem, czekając na przesiadkę na lotnisku w Istambule. Pomimo, że wyglądały na bardzo smaczne, to trzeba było szybko je przeżuwać, żeby zabić smak sosu sojowego, którym były oblane po upieczeniu, a potem wysuszone.

20160531_113523

Fast foody i jedzenie z plastiku

Byliśmy też w japońskiej sieci fast foodów. Kupiłam cały zestaw: mięso, zupa, kasza i coś co wyglądało jak jakaś papka…hmm przypominało to śląski grysik. Zjadłam mięso, zupę wlałam do kaszy, a rybnej papki nie tknęłam, bo okazało się, że była z sosem rybnym.

20160530_104600

To co mnie zaskoczyło w Japońskim jedzeniu to to, że plastikowe wygląda jak prawdziwe. To prawda – praktycznie we wszystkich witrynach knajp, czy przed wejściem do restauracji, można było zobaczyć jak wyglądają serwowane u nich dania. Nie wiedziałam, że plastik tak bardzo może zachęcić do jedzenia.

20160530_144317

20160529_165924

Jeszcze jednym ciekawym rozwiązaniem jest to, że w supermarketach kupisz masę gotowych dań – od wcześniej wspominanego sushi, po sałatki, dania kuchni włoskiej, zupy. To wszystko po kupieniu możesz sobie na miejscu odgrzać i zjeść nie wychodząc na zewnątrz. Jakoś nie wyobrażam sobie takiego rozwiązania u nas w Polsce. Nie spotkałam się również z tym, żeby ktoś jadł w trakcie chodzenia po ulicy. Nie tak jak u nas, że każdy w biegu je drożdżówkę, kebaba itp. Jeśli kupujemy coś z fast foodów, są tam kebaby, Mc Donald czy Burger King, lub z małych przydrożnych straganów, wszędzie mamy wyznaczone miejsce żeby zjeść. Po skonsumowaniu możemy skorzystać z dostępnych tam chusteczek, koszy oraz oczywiście płynu do dezynfekcji rąk – Japończycy są bardzo wyczuleni na punkcie higieny.

20160528_102329

Generalnie można powiedzieć, że Japońskie jedzenie mnie nie powaliło, to nie moje smaki. Popróbowałam, ale zdecydowanie nie będę wspominać go z sentymentem. Będę nadal wierną fanką sushi i jedno jest pewne, jeśli ktoś będzie chciał, w prezencie obdarować mnie sosem rybnym, może spokojnie zachować go dla siebie – ja odpadam!

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s