Kurs języka japońskiego

W czasie kiedy Wy będziecie czytać ten wpis, ja będę już w Japonii. Będę podziwiać i poznawać jej smaki. Umieszczenie wpisu kilka dni po wylocie jest celowe, dlaczego? Otóż większość ekipy nie ma pojęcia, że od prawie 4 miesięcy chodziłam na lekcje japońskiego i uczyłam się czytać “krzaczki”.

Skąd pomysł?

Powinnam zacząć, od genezy samego wyjazdu. Pod koniec grudnia 2015 roku, koleżanka z pracy powiedziała mi, że jej szwagier wybiera się do Japonii, i że kupił bilety za około 1400 zł. Zapytała czy nie chcę jechać. Jakoś nie byłam do tego przekonana. Stwierdziłam, że nie będę wydawać 1400 zł na wyjazd, który ma się odbyć za pół roku, bo nie wiadomo co będę wtedy robić. Temat ucichł.

Minęły dwa dni, wróciłam na Śląsk – trzeba było zrobić pranie, siedzę z ojcem, pijemy piwo przywiezione z jakiegoś festiwalu, dzwoni Świder i mówi: „Ruda są bilety do Japonii za 877 złotych w dwie strony! Edyta wzięła. Jedziemy? To była chwila. Tym razem nie zastanawiałam się ani minuty – powiedziałam: „Jasne, bukuj mi bilet.

Motywacja do nauki

Wiele osób po tym jak usłyszało, że zapisałam się na lekcje pytało, skąd taki pomysł. Większość z nich, no praktycznie każdy, myślał, że chcę się przygotować do podróży. Ich zdziwienie było całkiem spore jak usłyszeli o mojej prawdziwej motywacji i o momencie w którym zrodził się ten pomysł…

Pewnego wieczoru, na jednej z imprez w gronie moich “współmieszkańców” pochwaliłam się, że ze Świdrem i innymi ośmioma osobami, wybieramy się do Japonii. Każdy z zazdrością zaczął pytać co i jak. Najbardziej zszokowani byli ceną za przeloty (fakt, to była na prawdę mega okazja). Pytali, czy nie obawiamy się, że się nie dogadamy z nimi. Na to Świder z dumą oświadczył, że on już zna kilka zwrotów po czym z podniesioną głową wypowiedział jedno zdanie “Oppai o hyōji” co w przełożeniu na polski znaczy… pokaż cycki – elokwencja nie ma co. Potem dla żartów zaczęliśmy sprawdzać inne śmieszne wyrażenia, aż w pewnym momencie spojrzeliśmy na siebie i mówię do niego “Ty czujesz jakie byłyby jaja jakbyśmy zapisali się na jakieś lekcje?” On odpowiedział, że chciałby zobaczyć minę Edyty jak będziemy coś do kogoś mówić po japońsku. I tak w ciągu 5 minut znalazłam szkołę w której, już od lutego, mogliśmy zacząć przyśpieszony kurs. Wysłałam maila z naszymi danymi oraz ustaliłam, że kończymy przed wyjazdem. Na następny dzień wpłaciliśmy zaliczkę i zaczęło się.

Fundacja Sakura

Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu – w poniedziałki i w czwartki w siedzibie Sakura na ul. Próżnej. Miejsce bardzo przyjemne, czuć w nim zupełnie inny klimat – wszędzie japońskie rysunki, w telewizorze japońskie wiadomości, a na stoliku obok kanapy japońska herbata, którą każdy z kursantów mógł sobie zaparzyć. Moja grupa nazywała się Momo czyli Brzoskwinia i liczyła osiem osób. Każdy przyszedł w innym celu. Były tam bardzo pozytywnie zakręcone fanki mangi i anime, kucharz, właściciel firmy, który chce rozszerzyć swoją działalność, oraz my. Oczywiście z upływem czasu wykruszały się kolejne osoby pod koniec zdarzało się, że na zajęciach były tylko 3 osoby – nie dało się wtedy uniknąć odpowiedzi na pytania sensei (nauczycielki).

Pierwsze lekcje

Początki były śmieszne. W tym przypadku mam wrażenie, że wyjątkowo śmieszne, bo uczysz się, nie oszukujmy się, bardzo dziwnego języka. Na pierwszych zajęciach zaczęliśmy standardowo od przedstawiania się. Na szczęście nauczycielka znała język polski, więc stwierdziliśmy, że nie mamy się czym martwić i damy sobie rade.

Na kolejnych nie było już tak wesoło… Nauczycielka się zmieniła, a ja, przedstawiając się,  zmieniłam swoją profesję – na pierwszych byłam urzędnikiem, a potem powiedziałam, że jestem uczniem. Popłakałam się ze śmiechu, jak Świder stwierdził, że mam szanse do końca kursu udzielić w końcu poprawnej odpowiedzi tj. że jestem pracownikiem biurowym.

Na trzecich (znów z inną sensei) zaczęliśmy wymieniać słowa, które znamy na konkretną literę. Możecie sobie wyobrazić jaka była nasza reakcja, kiedy na jej pytanie: „Jakie słowa znacie na literę HO?”, ktoś z sali krzyknął Chomik…

Na czwartej lekcji poznaliśmy naszą ostatnią nauczycielkę. Szkoda, że nie widzieliście miny Świdra, jak oświadczyła, że mówi tylko i wyłącznie po japońsku. Gdy to usłyszał odwrócił się do mnie i z przerażeniem w oczach powiedział: “O kurde, to jak ja jej wytłumaczę, że muszę wyjść wcześniej?”. W rezultacie nie wyszedł, stwierdził, że może się spóźnić bo przecież poruszaliśmy bardzo ważny temat – liczby.

Nauka w domu

Na początku powtarzaliśmy sobie materiał przed każdymi zajęciami w pracy, starałam się też poświęcać przynajmniej 2 godziny dodatkowo w tygodniu, żeby przechodzić przepracowany na zajęciach materiał. Moje drzwi oklejone były kolorowymi karteczkami na których zapisane były różne słowa. Miałam przechodząc je czytać i przy okazji sobie je przypominać. Jak wyszło? Momentami zamykałam oczy wychodząc z pokoju.

Później ze znalezieniem chwili było coraz ciężej – pogoda na zewnątrz stawała się coraz lepsza, no i zaczął się czas weekendowych wyjazdów.

Kryzys

Początkowe zajęcia były świetne. Nawet zastanawialiśmy się na tym, że po powrocie z podróży dokończyć kurs i zrobić sobie egzamin. Bardzo się zdziwiliśmy gdy dowiedzieliśmy się, że poziom A1 z książki, zupełnie nie ma nic wspólnego z poziomem znajomości języka. To nie jest tak jak w angielskim. Japończycy maja swoją osobną klasyfikację dla obcokrajowców, którą określają jak bardzo znasz ich język. Jest to test mający 5 poziomów. N5 jest najniższym poziomem, a N1 najwyższym. Jeśli chcesz mieć tzw. papier to musisz się do niego dodatkowo przygotowywać, same zajęcia na kursie nie wystarczą. Po tej wiadomości trochę nam się odechciało, Świdrowi to na stałe – od kwietnia nie było go już na zajęciach. Ja postanowiłam trzymać się swoich zasad i skończyć to, co zaczęłam.

Ostatnie zajęcia

Powiem szczerze, że z każdymi kolejnymi było coraz więcej materiału – niestety do nadrobienia. W natłoku innych spraw, delegacji, zdarzało mi się, że opuszczałam kolejne lekcje, a czasu na samotną naukę brakowało. Kiedy już poszłam na zajęcia, czułam się głupio, że robię wielkie oczy bo nie wiem o czym sensei do mnie mówi i że pytam się koleżanek i kolegów z grupy o co chodzi.  W rezultacie, nie jestem z tego dumna, w maju nie pojawiłam się na 4 ostatnich lekcjach. Trochę boję się, że nie będę umiała nic powiedzieć, mam świadomość, że mogłabym nauczyć się więcej. Myślę, że zabrakło mi motywacji. Znalazłam jej jednak trochę, aby w środę przed wylotem w środę powtórzyć sobie podstawowe zwroty i spakować zeszyt z notatkami do walizki.

Z perspektywy czasu nie żałuję tego spontanicznego kroku, poznałam ciekawych ludzi, nauczyłam się katakany, i umiem ładnie poprosić o jedzenie w knajpie. Było to nowe doświadczenie w moim życiu. Było też zgodnie z moim postanowieniem sylwestrowym tj. że to będzie rok w którym będę robić coś, czego nigdy wcześniej nie robiłam i nigdy bym się na nie zdecydowała (pierwszą taką rzeczą było morsowanie).

Dochowanie tajemnicy

Trochę się baliśmy, że prawda wyjdzie na jaw  – wszyscy pracujemy w jednym biurze, można powiedzieć, że praktycznie biurko w biurko. Ciężko było nam wytłumaczyć dlaczego oboje musimy wychodzić, w każdy poniedziałek i czwartek, o 16:00 z pracy.  Przyjęliśmy więc oficjalną wersję, wtajemniczając jedną koleżankę, że zapisaliśmy się na lekcje angielskiego. Co prawda musieliśmy się zmierzyć z tysiącem pytań: gdzie? kiedy? za ile? a to Wy jesteście na tym samym poziomie? Mogę powiedzieć, że trochę musieliśmy lawirować z naszymi odpowiedziami. Czasem któremuś z nas przydarzyło się  palnąć do drugiego coś po japońsku, ale na szczęście udało się i Edyta się nie domyśliła. Już nie mogę doczekać się, aż zobaczę jej minę jak w sklepie zapytam pani sprzedawczyni Kore wa ikura deska? (ile to kosztuje?)

Jaka była reakcja ekipy i jakie były moje wrażenia po wizycie w kraju kwitnącej wiśni przeczytacie w kolejnym wpisie – będę miała sporo czasu na jego napisanie – 10 godzin w samolocie plus pięciogodzinna przesiadka w Stambule, daje dużo możliwości.

20160425_185855 (1)20160525_201249

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s