Poznań – miasto doznań

To stwierdzenie słyszałam od większości osób, którym mówiłam, że wybieram się na weekend do Poznania. Już po fakcie nie pozostaje mi nic innego jak się z nim zgodzić. Mój weekend obfitował nie tylko w doznania kulinarne czy sportowe, miałam okazję być świadkiem ciekawego pościgu za złodziejami oraz dane mi było spędzić prawie 5 godzin w ruchomej saunie.

Pierwszą dłuższą wizytę w Poznaniu zaliczyłam jeszcze latem.

Doznania sportowe

Do wyjazdu namówiła mnie Magda, która jest Poznanianką z wyboru. Potrzebowała kompana do udziału w tzw. Biegu Puszczykowskim, który składał się z dwóch biegów: wieczornego na 9 km i porannego na 8 km.  Wieczorny poszedł mi całkiem nieźle, nie pamiętam, czy kiedykolwiek udało mi się przebiec taki dystans. Z rannym było już trochę gorzej. Pomimo, że biegliśmy w lesie upał dawał się we znaki. Po 3 km stwierdziłyśmy, że resztę dystansu zaliczymy spacerując i podziwiając okolice.

Doznania kulinarne

Magda odebrała mnie w piątek ze stacji PKP i zaproponowała kolację w sprawdzonej pizzerii prowadzonej przez jej znajomego Sycylijczyka. Niestety na miejscu okazało się, że lokal jest zamknięty, a wszelkie próby kontaktu z właścicielem kończą się na automatycznej sekretarce.

Kolacja w ogrodzie

Zabrała mnie więc do innego miejsca, które okazało się jedyne w swoim rodzaju. Był to gościniec Siedem Drzew. Miejsce bajeczne, otoczone przepięknym parkiem botanicznym. W kilka minut można było przenieść się z ogrodu japońskiego do kamiennego, podjadając przy okazji świeżo zerwane poziomki.

Pomimo odbywającego się wesela mogłyśmy złożyć swoje zamówienia. Ja wybrałam dziką zapiekankę, składającą się z warzyw i kwiatów nowalijki. Magda wzięła sałatkę z grillowanymi warzywami i polędwiczkami. Oczekiwanie na potrawy umilały nam świeże owoce zebrane z pobliskich ogrodów. Pierwszy raz w tamtym roku jadłam tak duże i przepyszne czereśnie. Podane dania wyglądały obłędnie, aż z wrażenia zapomniałam, że mam ze sobą aparat. Smakowały równie dobrze jak wyglądały.

Gościniec zrobił na mnie ogromne wrażenie. Ich kuchnia opiera się na własnych produktach, korzystają z tego co ich otacza. Koniecznie trzeba się tam wybrać!

Sushi

Następnego dnia wybrałyśmy się do Hanami sushi – byłam tam już drugi raz. Tak samo, jak wtedy gdy przyszłyśmy tam w czwórkę, podczas poznańskiego babskiego weekendu, wyszłam najedzona i bardzo zadowolona. To chyba drugie w kolejności, po katowickim, najlepsze sushi jakie jadłam.

Długo oczekiwana pizza

Po niedzielnym śniadaniu biegowym, składającym się z banana i batonika z musli, marzyłam o obiedzie. Jak można się tym najeść? Może zapalonym biegaczom to wystarcza, ale dla mnie to zdecydowanie za mało.

Nie mogąc zdecydować się na konkretną kuchnię, postanowiłyśmy w końcu zjeść dobrą pizzę (przecież w piątek nam się nie udało). Pojechałyśmy do knajpki – Da Luigi, znajdującej się blisko poznańskiego rynku, prowadzonej przez Włocha. Weszłyśmy do środka, stoliki na zewnątrz, przy upale jaki panował, nie były zachęcające. Wystrój knajpy był bardzo klimatyczny, było w nim wiele włoskich akcentów. Zamówiłyśmy małą pizze z rucollą, mozarellą i pomidorami oraz po małej porcji makaronów – Magda wzięła pepperoni (makaron z oliwą, czosnkiem i ostrą papryczką) a ja carbonarę. To były świetne wybory, dania były przepyszne, a klimat…poczułam się jak na wakacjach w Bibione.

Doznania emocjonalne – Cafe La Ruina i Raj

Po boskim obiedzie u Luigiego poszłyśmy na spacer po Poznaniu. Trafiłyśmy do Caffe La Ruina i Raj, w artystycznej dzielnicy, na ul. Śródka. Pierwszy raz byłam w miejscu o takim klimacie. Nie umiem tego opisać – czułam się jakbym przeniosła się do innego kraju. Dla mnie jest to kawiarnia do której chcę wrócić na 200%. Zdjęcia znajdziecie na ich profilu na facebooku, ja zrobiłam tylko jedno – miejsca, które już po otworzeniu drzwi wywoływało uśmiech na twarzy każdego wchodzącego i to nie koniecznie z powodu męczącej potrzeby… mówię tu o toalecie. Kiedy kolejna osoba po otworzeniu mówiła “WOW” stwierdziłam, że muszę to sprawdzić. Gdy weszłam zobaczyłam rozświetlone, małą dyskotekową kulą, wnętrze z suszącymi się ubraniami i banknotami. Na ścianie był też ogromny meksykański kapelusz. Obsługa mówiła, że zmieniają wystrój co jakiś czas, podobno ostatnio była urządzona w stylu Bakstretboys.

No dobrze, a gdzie pościg?

Popijając swoją lemoniadę zauważyłyśmy, że do knajpki weszło dwóch podejrzanych typków. Jeden miał charakterystyczny plecak z pingwinami z Magadaskaru, a drugi kilka nieudanych więziennych tatuaży. Podeszli do obsługi i zapytali o piwo, w czasie gdy barmanka opowiadała o dostępnych rodzajach oni wyciągnęli napiwki z mieszczącego się na ladzie wazonika. Po protestach i prośbach obsługi zwrócili 10 zł, a pozostałe 20 zł zabrali ze sobą. Byłyśmy w szoku. W knajpie były same kobiety, więc żadna nie odważyła się zareagować. Kasjerka zadzwoniła do swojego szefa i opowiedziała co się stało podając skrócony rysopis opryszków. Po kilku minutach zjawił się szef,  a już za chwilę udał się na ich poszukiwania na… rowerze. Żeby było śmieszniej to z tyłu miał dziecięce siodełko. Wyglądało to komicznie. Niestety nie udało się znaleźć typków, pewnie napiwek został już dawno spieniężony na piwo na pobliskiej stacji benzynowej.

Doznania nie koniecznie pożądane,  czyli ruchoma sauna

Taką atrakcję na koniec wyjazdu zapewniło mi nasze PKP. Mój pociąg zamiast 2,5 godziny jechał prawie 5 w iście tropikalnych warunkach (w moim wagonie zepsuła się klimatyzacja, a niestety w innych wagonach wszystkie miejsca były już zajęte). Podczas 1,5 godz. Postoju w Kostrzynie Wlk. mała dziewczynka stwierdziła, że stoimy bo lokomotywa dostała gorączki.

Kolejny postój, tym razem 30 minutowy, mieliśmy przed Warszawa Zachodnią.

W końcu około północy dotarliśmy na Dworzec Śródmieście. Na docelowym – Centralnym nie było miejsca. Zmęczeni usłyszeliśmy ostatni komunikat załogi pociągu, który wywołał salwy śmiechu – obsługa poprosiła pasażerów dwóch ostatnich wagonów o przejście do czoła pociągu ponieważ te wagony nie zmieszczą się na peronie.

Po takiej podróży nie dziwie się konduktorom, że nie pojawili się w wagonach żeby sprawdzić bilety. Ja i kilkadziesiąt innych osób na jakiś czas wyleczyliśmy się z podróży koleją.

Wyjazd do Poznania obfitował we wrażenia. Być może to sam Poznań, a być może to zasługa Magdy, która potrafi swoje miasto pokazać od najlepszej strony. Zawsze jak tam wracam dobrze się bawię. A więc do następnego! Biegi, La Ruina i włoska pizza czekają.

 

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s