The Book of Mormon, czyli twórcy South Park w formie

Bardzo, ale to bardzo, lubię chodzić do kina. Oglądanie filmu w kinie, to jak przenoszenie się w równoleglą rzeczywistość. Przez półtorej, dwie godziny cała uwaga jest skoncentrowana wyłącznie na filmie. Nie ma przerw na reklamy, nie ma przechodzenia na inne strony w trakcie nudnawego dialogu, nie ma paska na dole ekranu, który mówi, że już za chwilę skończy się film, nie możliwości pauzy. Absolutnie angażujące. Takie zaangażowanie ciężko jest osiągnąć przy innych formach rozrywki.

Flaherty (Richard Griffith, The World of Robert Flaherty, New York 1953) opisuje sytuację, w której Eskimosi “zobaczyli” i uznali filmowaną przez niego scenę za rzeczywistą. Na widok morsów wychodzących na brzeg pobiegli po harpuny, żeby na nie zapolować. Dla kultur, które nie zetknęły się z filmem, które mają “nieuprzedzone oko”, film jest równoznaczny z rzeczywistością. Ja, oglądając film, wiem, że mors tak naprawdę nie wychodzi na brzeg, ale i tak daję się porwać iluzji kina. Nie znajduję przyjemności w intelektualnym rozbieraniu dzieła na czynniki pierwsze, nie lubię kiedy forma zaczyna dominować nad treścią, a historia schodzi na dalszy plan. Kiedy oglądam nie chcę wiedzieć, przypisywać gatunków, technik itp. Chcę oglądać film naiwnie, dać mu się porwać, pozwolić mu wyzwolić spontaniczne reakcje.

Teatr

Teatr jest nierzeczywisty z założenia. Nie potrafię go odbierać równie naiwnie i emocjonalnie. Andrzej Wajda pisze – “/…/ sprzeczność, jaką dostrzegam pomiędzy “naturalnością” kina, które imituje rzeczywistość, a “sztucznością” teatru. Teatr w o wiele większym stopniu wymaga od reżysera poczucia formy, umiejętności stopienia wszystkiego, co dzieje się na scenie, w konsekwentną stylistycznie całość.” Naturalność, według niego nie jest sceniczna, nie zawiera w sobie koniecznego przetworzenia, naśladuje, zamiast nadać formę. Ten wysiłek włożony w teatralność rzecz, w grę aktorów sprawia, że ciężko mi osiągnąć podobny poziom zaangażowania jak w przypadku filmu.

A może po prostu nie byłam na naprawdę dobrym spektaklu?

W Londynie wybraliśmy się na musical. Londyn to Broadway Europy. Jeśli jest światowej klasy show, to pojawi się w Londynie, tu będzie miało swoją europejską premierę, tu zjawią się gwiazdy, tu będą tłumy. Ilość teatrów i możliwości oszałamiają. Na Piccadilly Circus, z każdej strony atakują neony, światła, banery. Z każdej uliczki wylewa się rzeka ludzi, a przed każdym teatrem i restauracją ustawia się kolejka.

W tłumie zajęło nam chwilę zanim znaleźliśmy drogę w dobrym kierunku. Byliśmy już trochę spóźnieni. Kiedy przedstawienie się rozpocznie nie wpuszczają już na widownię. Pierwszym odruchem było zapytać kogoś o drogę. Ale kogo pytać w mieście złożonym z turystów i przyjezdnych?

W końcu, 5 minut po czasie, trafiliśmy na miejsce i weszliśmy do środka. Dzięki za londyńskie kolejki!.

Book of Mormon

Start… Show!

Było niesamowite. Absurdalne. Niepoprawne politycznie (dla mnie czasem aż za mocno). Nieprawdopodobnie dobrze zrobione. Muzycznie doskonałe. Choreograficznie bezbłędne. Kostiumy perfekcyjne. Mistrzowskie show. Po to właśnie jest teatr!

Nie po to żeby udawać, że udaje rzeczywistość. Jest po to żeby rzeczywistość wnieść na inny poziom. Dać hiperrzeczywistość, przerysowaną, przesadzoną. Wyciągnąć problem, emocje, rozbuchać, rozdąć, narysować grubą kreską. A wszystko to złożyć w perfekcyjną całość, która zmieści się na jednej scenie, zyska tempo, płynnie rozegra się na małej przestrzeni.

W końcu poszłam na dobre show. Aż boję się iść na następne, bo może nie dorównać.

Hasa Diga Eebowai

Historia, w skrócie, jest o dwóch misjonarzach. Mormonach. I o dzikiej Afryce, którą jadą nawracać. O głupim Zachodzie, zaściankowym Utah, prymitywnej Ugandzie. O religii, zabobonach, przyziemnej praktyczności, która woli walczyć z głodem, wojną i AIDS, o ambicji, a we wszystkim jest sporo śmieszności. Nic nie jest wyłożone na około. Nie mogłoby być klarowniejsze i bardziej bezpośrednie. Nie ma żadnych niedopowiedzeń, miejsca na przypisanie autorowi “co chciał powiedzieć”. A na końcu stawiają kropkę w postaci dosadnego Hasa diga eebowai [f-u God!]. 

Zresztą to, co autorzy chcą powiedzieć jest dość jasne. Swój stosunek do rzeczywistości wyrażają od lat w serialu South Park. Book of Mormon napisali i skomponowali Trey Parker, Robert Lopez i Matt Stone. Kto widział chociaż jeden odcinek, wie czego się spodziewać. Przy czym musical jest wizualnie, tanecznie i muzycznie rozpasany. Parker, Lopez i Stone stworzyli genialne teksty, wielowarstwowe wokale, fenomenalny rytm, pełne odniesień do popkultury teksty. Kontrowersyjne i inteligentne. Niewymagające wielokropka na końcu każdego zdania. Porywające.

Aktorzy. Rewelacja. Każdy jeden Elder. Oglądanie wszystkich razem i każdego z osobna to niesamowita przyjemność. Doskonali. Nieważne na którym planie, każdy grał jakby był jedyną gwiazdą show. Perfekcyjni i zsynchronizowani, nawet w niesynchronicznych scenach. Zharmonizowani. Jak balet, tylko lepsze. Ekspresyjne.

Warto było pójść, i warto byłoby pójść jeszcze raz, pomimo, że bilet kosztuje milion monet. Book of Mormon nie tylko mi się podobało. Wygrało 9 nagród Tony. W tym za najlepszy musical. Niemal w każdej kategorii zgarnęli statuetkę. Dostali też Grammy (Best Musical Theater Album). I kilka innych nagród.

Unikatowe widowisko.

No więc, jeśli chodzi o scenę teatralną, to jest na razie 1:0 dla Londynu.


“Hello”. Niestety nie w brytyjskiej obsadzie. Enjoy!

Więcej tutaj.

Book of Mormon London


Book of mormon Londonelder mormonbook of mormon elderhasa digaeldersbook of mormon elders uganda

 

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s