W poszukiwaniu tajskiej kuchni – My’o’tai

Przed wyjazdem do Azji przejrzałam mnóstwo blogów i przewodników, które zachwalały azjatycką kuchnię. Naczytałam się o tym, jaka jest wspaniała, bogata w smaki i różnorodna. A jak jest naprawdę?

Pierwsze wrażenie po wylądowaniu nie było najlepsze. Zanim jeszcze czegoś spróbowaliśmy Bangkok zaatakował nas swoimi zapachami. Mieszanka azjatyckich przypraw i smrodu wszechobecnych śmieci nie zachęcała do jedzenia. Niektóre z ulicznych kuchni to standard odległy o lata świetlne i grubą warstwę brudu, od najpodlejszych nawet europejskich spelun. Wystarczyło jednak parę godzin, żebyśmy zaczęli się przyzwyczajać.

Tajska kuchnia okazała się pyszna. Przez pierwszy tydzień jadłam głównie zupy, przez kolejny makaron sojowy na różne sposoby. Uwielbiam.

Po dwóch, okazało się, że czegokolwiek nie zamówię, zaczyna smakować tak samo, a ilość dostępnych kombinacji jest ograniczona. Do wyboru były noodle, w Tajlandii sojowe, w Wietnamie i Kambodży ryżowe, czasem takie jak z zupek chińskich lub ryż. Mięso, zazwyczaj krojony kurczak, wołowina lub wieprzowina, a dokładniej słonina, siekane skórki itp. Im dalej od turystycznych miejsc, tym kuchnia tym kuchnia bliższa skórze, podrobom i kościom. Warzywa, czyli szpinak, cebula, marchewka, kukurydza. Często jajka i jakieś przetworzone dziwne rzeczy, uformowane w kulki, smażone w głębokim tłuszczu. Przyprawy, najczęściej sos rybny lub sojowy, chili, mięta wodna i jeszcze jakieś zielsko którego nazwy nie znam. Powyższe składniki były podstawą niemal wszystkich dań. A teraz wyobraźcie sobie, że mając tylko to w domu codziennie musicie zrobić śniadanie, obiad i kolację.

Na początku było ok, smażone noodle z kurczakiem, smażony ryż, potrawka z kurczaka, ryż obok, zupa z wołowiną, zupa z kurczakiem. Czasem w ryżu było jajko, noodle mogły być chrupkie lub nie. Monotonnie, ale smacznie. Po dwóch tygodniach wciąż jeszcze nie było źle, chociaż myśl o hamburgerze pojawiała się coraz częściej. Po trzech odkryliśmy prawdziwy kulinarny skarb Tajlandii – sticky rice mango z dzikim ryżem. Przerzuciliśmy się też na zielone curry, które smakowało jak w Thai Woku, nic egzotycznego, ale przynajmniej nie smakowało sosem sojowym i cebulą. No to przez tydzień jedliśmy zielone curry i sticky rice mango. Niestety nawet najlepsza potrawa może się znudzić.

W Wietnamie rzuciliśmy sie na kanapki. Po miesiącu bez chleba smakowały wspaniale. Co prawda przyrządzane przy użyciu dokładnie tych samych składników co pozostałe potrawy, ale z chlebem. I to nie tostowym! I tak na śniadanie jadaliśmy wietnamskie kanapki popijane niesamowitą wietnamską kawą (tak pyszną, że chyba poświęcę jej osobny wpis). Były też omlety, które smakowały prawie dokładnie jak kanapki, które zwykle braliśmy z jajkiem. Wietnamczycy nie są mistrzami wędliniarstwa.

Kambodża niestety nie miała nic specjalnego do zaoferowania. Tam jadłam chyba najochydniejszy rosół w życiu. Zamówiliśmy, jak często przedtem, z przydrożnego wózka dwie zupy. Wzięłam taką z kurczakiem i wołowiną. “Kucharz” wyciągnął spod lady ugotowanego kurczaka, maczetę i zaczął energicznie odcinać mięso. Wsypał je potem do miseczki i zalał gorącym wywarem. Kurczak okazał się być ugotowany w całości, razem z wnętrznościami, maczeta pokruszyła kosteczki na tyle drobno, że ciężko było je wyciągnąć, a rosół nie był na tyle gorący, żeby grubo pociachane mięso się ścięło. Taką samą operację wykonał z pełnym żył kawałkiem wołowiny (?).

Wystarczyło kilka tygodni, żebyśmy poczuli się jak na kulinarnej pustyni, a miał być przecież raj. Jakoś dla naszych, nienawykłych do tych subtelności kubków smakowych, sos rybny i cebula zabijały wszystkie inne smaki. Była też zachodnia kuchnia, ale dwa razy droższa. Budżet mieliśmy ograniczony, a Azjaci jakoś nie potrafili zrobić tego do końca tak jak trzeba.

Po miesiącu marzyłam o pysznym europejskim jedzeniu. W którym między narodowymi kuchniami jest większa różnica niż zamiana sosu sojowego na rybny, a w zasięgu jednej ulicy można zjeść pyszne włoskie makarony, zajebiste burgery, sushi, mule. W sklepie można kupić milion rodzajów serów, wędlin, 15 rodzajow chleba (także ciemnego!), warzywa, owoce z całego świata… W Europie można dostać wszystko. Grecka, kubańska, amerykańska, włoska, meksykańska, każda kuchnia jest dostępna na wyciągnięcie ręki. Doceniłam to dopiero w Azji.

A w obrębie narodowych kuchni? W polskiej przecież bigos nie smakuje schabowym, pierogi nie mają smaku śledzia, zupa szczawiowa nie przypomina w smaku barszczu, a sernik nie smakuje szarlotką.

Nawet desery były tam podobne, podstawą było mleczko kokosowe, które ma bardzo intensywny smak. Nawet jak się je lubi, to kiedy wszystko nim smakuje, to może się znudzić.

Po trzech miesiącach nie miałam pojęcia skąd to przekonanie o zajebistości azjatyckiej kuchni. Miałam wrażenie, że jak ktoś wyjeżdża to uważa, że musi być niesamowicie, więc ignoruje to, że wszystko smakuje tak samo. Wystarczy, że smakuje inaczej niż w domu.

Zbliżał się koniec wyjazdu i znowu trafiliśmy do Tajlandii. Dopiero wtedy, wracając do poprzednich smaków poczułam między nimi prawdziwą różnicę i pełnię smaków tajskiej kuchni. Oczywiście, nie każde miejsce w którym jedliśmy, oferowało jednakową jakość. Tak samo jak wszędzie można trafić na fatalne produkty, bez smaku, źle przyrządzone i doprawione. Jednak tajskie jedzenie ma swój charakterystyczny smak. Poczułam go tak naprawdę, dopiero po przejechaniu przez cztery kraje, i spędzeniu ponad trzech miesięcy w Azji. Odkryłam kulinarnie Tajlandię na nowo.

Tego smaku szukałam w My’o’tai. Nie do końca go znalazłam. To nie było uliczne jedzenie za 3 zł, którym raczyliśmy się w Azji. Bez porównania lepiej smakuje, najpospolitszy nawet ryż z kurczakiem, podany na tarasie przydrożnej knajpki, na egzotycznej wyspie, przy stoliku z widokiem na morze, niż w biegu, w blaszanej budzie obok pętli autobusowej lub w urządzonej meblami z Ikei restauracji.

Niby wszystko było ok, krótka karta, smak podobny, składniki ok, miejsce bardzo fajne. Ale to już nie to. Samą restaurację mogę polecić, ale po tamtej podróży nawet najlepiej przyrządzone azjatyckie jedzenie nie będzie smakować tak dobrze jak w tamtych okolicznościach.

Polecam również post Magdy o My’o’tai.


My’o’tai
ul. Szpitalna 8, wejście od Górskiego
Warszawa

Godziny otwarcia:
poniedziałek – czwartek: 12:00 – 00:00
piątek – sobota: 12:00 – 03:00
niedz.: 12:00 – 21:00

Kontakt:
662 742 901

Dzielnica: śródmieście
Kuchnia: kuchnia tajska
Ceny: 15-40 zł
Typ lokalu: restauracja
Okazja: babskie ploty, lunch, spotkanie z przyjaciółmi

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s